Aleksandrowice na Ekstremalnej Drodze Krzyżowej Do Kalwarii Zebrzydowskiej


„Życie samo się nie zrobi” – to hasło tegorocznej Ekstremalnej Drogi Krzyżowej, która w 2018 roku obchodzi swoje dziesięciolecie. Z roku na rok rośnie liczba Mieszkańców naszej miejscowości, którzy włączają się w tę inicjatywę i pragną przeżyć nabożeństwo Drogi Krzyżowej w nieco bardziej wymagający sposób. Po doświadczeniach z ubiegłych lat, kiedy wybieraliśmy odcinek Balice-Czerna (ok. 23 km), pielgrzymując do Matki Bożej Szkaplerznej, teraz zdecydowaliśmy się na większe wyzwanie.

W grupie sześciu osób: Paweł Rusinek, Piotr Rusinek, Rafał Olech, Marcin Olech, Sławomir Burowski oraz Jakub Kwaśnik podjęliśmy decyzję, że wybierzemy się z Mnikowa do Kalwarii Zebrzydowskiej, trasą św. Brata Alberta, która liczy ok. 40 km. Zdecydowaliśmy, że pójdziemy w dzień, między innymi ze względu na to, że pracujemy w różnych trybach i był to termin, który wszystkim pasował.

Wyprawę rozpoczęliśmy Mszą świętą  w kościele parafialnym pw. św. Bartłomieja w Morawicy, po czym razem ze Sławkiem wystartowaliśmy z Aleksandrowic do Mnikowa, gdzie około 10.00 spotkaliśmy się z resztą ekipy. Każdy z nas niósł tradycyjny, zrobiony własnoręcznie krzyż, który należy zostawić u kresu pielgrzymki.

Już w Czułówku spotkały nas pierwsze małe przeszkody w postaci błota i wiosennych roztopów, jednakże po wejściu w las, trasa stała się bardziej stabilna i spory odcinek szliśmy w dobrych warunkach. W Rusocicach wspięliśmy się na skalny punkt widokowy, gdzie umieszczona była V stacja i dalej, schodziliśmy w stronę zapory wodnej w Łączanach, by bezpiecznie przekroczyć Wisłę. Dalej był dość żmudny, kilkukilometrowy odcinek trawiastym wałem wiślanym. W Brzeźnicy zatrzymaliśmy się na ciepły posiłek, by zregenerować siły. Była to dopiero połowa trasy, a na polu zaczynało robić się szaro. Była godzina 17.00. Przyszły pierwsze kryzysy – pojawiły się odciski i małe dolegliwości. Gdy zaczęły coraz bardziej dawać się we znaki, zespół podzielił się na dwie grupy i odtąd zmierzaliśmy różnym tempem do Kalwarii Zebrzydowskiej. Po zapadnięciu zmroku, coraz częściej zatrzymywaliśmy się, by sprawdzać trasę i nie zgubić się w lesie. Tempo mocno spadło. Razem ze Sławkiem zdecydowaliśmy się kontynuować wariant oficjalny, zaś Paweł, Piotr, Rafał i Marcin wybrali alternatywny odcinek, który zwiększał prawdopodobieństwo dotarcia do Kalwarii. Było ciężko. Jedni zmagali się z przeprawą przez skute lodem, śliskie wąwozy, przecinane przez małe potoki, drudzy zaś z bolesnymi ranami i gąszczem nieznanych leśnych duktów, które trzeba było pokonywać w ciemności. I jedni, i drudzy wkrótce zobaczyliśmy Klasztor, dotarliśmy już prawie do celu. Udało się powalczyć z samym sobą i każdy dał z siebie tyle, ile mógł.

Koło północy, po 15 godzinach marszu i przebytych 48 kilometrach, udało nam ze Sławkiem stawić  się przed Klasztorem w Kalwarii Zebrzydowskiej. I choć był zamknięty i nie było dane nam tym razem stanąć przed wizerunkiem Matki Bożej Kalwaryjskiej to i tak pojawiła się duża satysfakcja z ukończonej wędrówki.

W czasie Drogi Krzyżowej modliliśmy się w intencjach naszych rodzin, mieszkańców Aleksandrowic, naszych wspólnot i grup, w których działamy. Staraliśmy się pamiętać o wszystkich tych, którzy prosili nas o modlitwę, także o zmarłych.

Na pewno za rok również się wybierzemy. Zapraszamy wszystkich do dołączenia i prosimy, podzielcie się swoimi świadectwami, bo na pewno nie tylko my braliśmy udział w tegorocznym EDK.

Do zobaczenia na pielgrzymim szlaku!

Jakub Kwaśnik